Vandopsis parishii x Phalaenopsis japonica

Vandopsis parishii x Phalaenopsis japonica (Phalaenopsis Little One)

Cóż mogę powiedzieć.
Kwitnienie, na które nigdy nie liczyłem.
Nie wierzyłem, że mi się uda.
Niemal zero informacji na internetach, ja jeszcze żółtodziób.
W dodatku zmanierowany jak dzieciaki z Warsaw Shore.

Z drugiej strony - najlepsze w moim życiu kwitnienie, najdłużej wyczekiwane, najbardziej mnie oszałamiające.

Koniec o moich wrażeniach, bo roślina stoi przede mną na biurku gdy to piszę i aż mam mokre stopy z podniecenia.

W kwestii nomenklatury - Sedirea japonica od niedawna sklasyfikowana jest jako Phalaenopsis japonica.
Czy ma to jakieś znaczenie dla nas - teoretycznie tak, choć warunki uprawy odbiegają od tego rodzaju mocno :)
No, ale nie o tym.

Opisywana krzyżówka jest u mnie krótko ponad rok.
Zakupiona w doniczce o średnicy 12 cm, w samym sphagnum.
Nie było widać korzeni, więc szybka reakcja - wyciągamy.
Okazało się, że ten wieloletni egzemplarz (ma 7 starych wyciętych pędów) był przesadzony z mniejszej do większej doniczki bez wymiany podłoża.
Dopchnięte tylko po brzegach nowe.
W środku... Mech czarny jak kot Prezesa.
Korzenie zmasakrowane.
Całe szczęście sporo było nowych, a roślina trzymana wtedy jeszcze w nowym sphagnum wypuściła gros nowych.
Do jesieni uprawiana tak by podłoże nie przesychało za mocno.
Potem wystraszyłem się, że taka kupa mchu nie wytrzyma zimy, w dodatku po kilku miesiącach należałoby podłoże tego typu już zmienić - roślina nie była nawożona dolistnie, więc mech byłby cykającą bombą zegarową.

Przesadzona ponownie, do doniczki o średnicy 15 cm.
Do mniejszej nie weszła.
Korzenie są długie jak u Vandy, w dodatku bardzo sztywne.
Nowe podłoże to kora średniej granulacji z domieszką seramisu, który równie dobrze zatrzymuje wilgoć, a nie śmierdoli potem.
Doniczka mocno podziurkowana by podłoże ewidentnie przesychało w zimę.

Przyznaję, że próby zimowej uprawy na czuja.
Roślina ma chęć do współpracy, ale jedynie od maja (umownie, wymaga wysokich temperatur w okresie wegetacyjnym i wilgotnego podłoża, dużej ilości słońca) do września, kiedy to wytwarza 2-3 nowe liście i całkiem sporo jak się okazało korzeni.
Wraz ze zmianą pory roku opisywany delikwent zatrzymuje momentalnie swój wzrost i wchodzi w okres spoczynku. Nie drgnie ani na centymetr.
W zimę ograniczałem się jedynie do mocnego kilkukrotnego przelewania doniczki wodą destylowaną bez żadnych nawozów i innych cudownych sposobów na pobudzenie rośliny do wzrostu.
Stała przy szybie okna wschodniego (cały rok tam stoi), które często było otwierane w celu wywietrzenia zapachu moich skarpetek, których potrafię tygodniami nie sprzątać.

W drugiej połowie lutego dodałem 1/4 dawki nawozu do moczenia - PP Plant Starter.
Pierwsze efekty po tygodniu - pojedyncze korzenie zaczęły się przedłużać.
Drugie moczenie także z nawozem i na tym stop, zaczęło robić się na nowo pochmurnie za oknem, rośliny nie przyswoiłyby nawozu.
Po drugim moczeniu coś drgnęło - bardziej we mnie by sprawdzić czy coś się dzieje u mojej palmy.
Widać już było u nasady liścia zaczątek pędu.
Ośmielony tak dobrą informacją wznowiłem już moczenie rośliny przez 15 minut.
Po kolejnych 2 tygodniach o mało nie zemdlałem.
Podchodzę do rośliny i krzyczę do Narzeczonej: "Gryzeldo! Dzwoń po karetkę! Zaraz zejdę ze szczęścia".
Ta pomyślała, że pewnie otworzyłem Hornosia i pod kapslem znalazłem informację o wygranej 2 piwsk, ale nie, to był pęd! Drugi!

Dziś po około 2 miesiącach mamy już rozwiniętych kilka kwiatów.
Pędy stale się przedłużają o kolejne kwiaty, liczę, że kwitnienie jeszcze trochę potrwa i nacieszy oczy.

Co zaindukowało kwitnienie?
Myślę, że zimowe nieświadome przesuszanie rośliny, które w połączeniu z dosyć niskimi temperaturami (nie grzeję w mieszkaniu za mocno, właściwie symbolicznie) zainicjowało proces, którego efekty dziś przyszło Wam oglądać.
Pod koniec zimy zaczęły się już marszczyć nawet dolne liście, z których roślina pobierała wodę (czasem, gdy widziałem, że podłoże w 7 dni nie przeschło na wiór, robiłem przerwę o kolejny tydzień).
Roślina nie zrzuciła ich, wycofała część potrzebnych jej składników i zostawiła takie wymemłane jak zużyta guma do żucia.
Taka kultura.

W skrócie - myślę, że wystawa wschodnia jest bardzo dobra (cały rok mamy albo powinniśmy mieć poranne słońce), od wiosny do późnego lata podłoże stale lekko wilgotne (obserwujemy czy roślina rośnie, jeśli przestaje, drastycznie obcinamy wodę), potem chłodny i suchy okres spoczynku.

W przyszłych latach jeśli moja metoda sprawdzać się będzie ponownie, pokuszę się o bardziej szczegółowe przemyślenia.
W tej chwili chciałem dać osobom mającym te rośliny wskazówki ze szczerego serca (czy aby na pewno? ;) ).

Zdjęcia mogły być lepsze, ale pędy pod naporem własnej masy i wagi kwiatów zwieszają się w dół i musiałbym wykonywać fotki w pozycji leżącej, co nie jest ani wygodne, ani przyjemne.


Jeśli podoba Wam się mój blog, zapraszam do polubienia jego strony na FB, pod zdjęciami jest specjalny baner, który Was na nią przeniesie.
































Komentarze

Prześlij komentarz